Filozofia, kultura, medycyna i obyczaje opisane przez człowieka, który żył wśród Chińczyków na tyle długo, żeby zrozumieć, poznać i przekazać ich mentalność i tradycję.
Na dziennikarzy czekaja prebooki, przedruki, zdjęcia i kontakt z autorem.
PREMIERA 29 WRZEŚNIA
Czytelnik pozna tajemniczo brzmiące teorie yin i yang, przemianę 5 elementów i życiowej energii qi, ale dowie się również, jak precyzyjne diagnozy można stawiać badając puls i kolor języka. Pozna potęgę akupunktury, którą to metodę od lat wykorzystywano do znieczuleń przy operacjach. Znajdzie również opisy najważniejszych ziół i minerałów stosowanych przez chińskich lekarzy. Wśród nich takie rarytasy jak róg jednorożca, koniki morskie, kości tygrysa i rogi jelenia. Dowie się jak lekarze, dzięki bardzo skomplikowanej procedurze, badali chińskie arystokratki oraz jaką drogą Kanon medycyny Żółtego Cesarza dotarł do Gdańska i Krakow już w czasach renesansu. Z kogo swój medyczny podręcznik „zrzynał” Awicenna i czy Kopernik mógł wiedzieć o stosowanych przez Chińczyków szczepieniach przeciwko ospie. A także którzy z naszych monarchów płacili złotem za rogi jednorożca i inne chińskie lekarstwa.
Urodziłem się i wychowałem w innym kręgu kulturowym. Jest zrozumiałe, że miałem czas, aby nasiąknąć tam wszystkim, co obce, czyli azjatyckie.
Z wyglądu jestem Europejczykiem, siwiejącym blondynem o jasnej skórze, któremu czasami zadawane jest pytanie: „Dlaczego nie ma Pan skośnych oczu?”. No, nie mam. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że jest wewnątrz mnie całkiem sporo z Azjaty. Nie tylko Chińczyka, ale i Mandżura, Mongoła czy Japończyka. Takie pojęcia, jak: ojczyzna, honor, lojalność, harmonia, duch (chin. shendao, jap. shinto), moralność (jap. bushido), poczucie obowiązku i inne, oparte głównie na konfucjanizmie i buddyzmie, mają w Azji inny wydźwięk i znaczenie, niż w Europie.
Wśród tubylców mojej Mandżurii, potomków koczowników, przenoszących się raz po raz ze swoimi stadami koni, owiec czy reniferów w poszukiwaniu pastwisk, jest nawet takie określenie ojczyzny jako „miejsca, w którym pierwsza kropla czyjejś krwi wsiąkła do ziemi”. Pierwsza kropla mojej wsiąkła tam w Harbinie, w dalekiej Mandżurii i nic na to nie poradzę.
Fragment wywiadu z Edwardem Kajdańskim
Studiowałem na trzecim roku politechniki, gdy zaczęła mnie interesować chińska farmacja. Trudno mi dziś powiedzieć, dlaczego zapisałem się na wieczorowe studia farmaceutyczne na uczelni prowadzonej przez Towarzystwo Czerwonego Krzyża w Harbinie. Lubiłem chemię i należałem do studenckiego kółka chemicznego. Miałem nawet kilka niewątpliwych osiągnięć: wyprodukowałem w laboratorium parę substancji zapachowych, mających zastosowanie w perfumerii, i barwnik anilinowy, w którym ufarbowałem sobie koszulę. Pociągały mnie wycieczki w poszukiwaniu leczniczych ziół z naszym rosyjskim wykładowcą, profesorem Tarasem Pietrowiczem Gordiejewem, a poza tym podobała mi się dziewczyna, która na te studia uczęszczała. Powiem tylko tyle, że po dwóch latach znajomości została moją żoną.
Wycieczki odbywaliśmy do osiedli kolejowych, leżących już na skraju dziewiczej tajgi. Szukaliśmy tam różnych ziół, m.in. legen darnego żeń-szenia — niestety całkiem bezskutecznie. Łatwiej było znaleźć shisandry — jaggdy chińskiego oytryńca, nazywane przee Chińczyków „jagodami pięciu smaków” i uznawane przez tradycyjną medycynę chińską za skuteczny lek przeciw wielu dolegliwościom. Pomaga on według nich utrzymywać równowagę płynów w organizmie, to znaczy wysusza go, gdy w nadmiarze jest „wilgoć”, i nawilża, gdy przeważa „suchość”.
Bardziej dramatyczne i pouczające okazało się dla mnie przypadkowe spotkanie z czarcim drzewem, rosnącym na zboczu góry w letniskowej miejscowości Maoershan, leżącej kilka stacji dalej na wschód od Aszyche. Ta chińska nazwa Maoershan oznacza górę Kapelusz, od dominującej nad miejscowością wysokiej góry w kształcie chłopskiego bambusowego kapelusza. Pojechaliśmy tam, nie po raz pierwszy, całą grupą na poszukiwanie żeń-szenia, ale Taras Pietrowicz wyznaczył każdemu studentowi jeszcze jakieś indywidualne zadanie. Nie wykazałem należytej ostrożności, szukając jakiejś rośliny, i zjechałem na pośladkach ze stromego wzgórza, czepiając się po drodze czego się dało. Skaleczyłem się — jak się okazało — kolcami czarciego drzewa, i to tak skutecznie, że do dziś została mi na ręku blizna po tej przygodzie.
„Eto czortowo dieriewo” — powiedział Taras Pietrowicz i wtedy dowiedzieliśmy się od niego, że jest to gatunek aralii, uważany przez chińskich lekarzy za równie cenny jak żeń-szeń. Że krzew ten w terminologii europejskiej to cytryniec chiński (kitajskij limonnik), a bardziej naukowo: akantopanaks, eleuterokok, aralia mandżurska. Że ma cenne właściwości poprawiania odporności organizmu, pobudza siły witalne i przedłuża życie. I że tam gdzie rośnie czarcie drzewo, nigdy nie rodzi się żeń-szeń. Oczywiście wykopaliśmy korzeń, Taras Pietrowicz zeskrobał z niego korę i wraz z kilkoma gałęziami i workiem liści skwapliwie zapakował do swej brezentowej torby. Nie wiem, czy uzupełniał tylko zielniki, czy też sporządzał z nich w swojej pracowni jakieś wyciągi, podobne do tych, które były robione w Aszyche.
Wraz z naszym uczonym przewodnikiem zapoznawaliśmy się nie tylko z roślinnymi środkami leczniczymi, stosowanymi w tradycyjnej medycynie chińskiej, ale także ze zwierzęcymi. Do tych najcenniejszych, figurujących w chińskich kompendiach leków, należały rogi różnych zwierząt, m.in. jeleni, antylop, nosorożców, ale także jady żmij, skorpionów, wijów, czyli stonóg, jaszczurek i ropuch. Te trucizny noszą w języku chińskim nazwę wudu, czyli „pięć trucizn”. W niesamowitych starych chińskich opowieściach jest również taka, która mówi o przygotowywaniu z tych trucizn specjalnego balsamu, przeznaczonego do sprawdzania, czy dziewczyny wybierane na żony i konkubiny cesarzy są dziewicami, gdyż brak dziewictwa dyskwalifikował je jako kandydatki do cesarskiego haremu. W tym celu żmije, skorpiony, wije, jaszczurki gekony i ropuchy były wrzucane do jednego garnka, aby się wzajemnie zagryzły. Potem suszono je z dodatkiem cynobru, proszkowano i używano do przyrządzenia balsamu. Znamię, które pojawiało się po nałożeniu balsamu na skórę, miało, według starożytnych speców od wyboru cesarskich małżonek, znikać po pierwszym stosunku.
Fragment książki







Bądź pierwsza - Napisz komentarz